Wesołych Świąt!

Życzę Wam odrobiny spokoju i odpoczynku od codzienności. Przełamując konwencje świątecznych piosenek, zapraszam do kilkunastominutowej podróży w zupełnie inny świat. Oczywiście saksofon pojawić się musi, ale to, co dzieje się przed grą Mistrza Michaela Breckera, jest doprawdy magiczne.

Zaproszenie do podróży wysyła Lars Danielsson, który dźwiękami kontrabasu daje nam pewność, że za chwilę wydarzy się naprawdę wiele. No i się wydarza: zaczyna śpiewać Nils Landgren. Śpiewa o kruchości, deszczu, (który niestety coraz częściej towarzyszy naszym świętom zamiast śniegu). Ważniejsze jednak, jak śpiewa! Bez zachwytu nad sobą samym, bez popisów, przekazuje spokój i pokorę. Nie brakuje w śpiewie wszystkiego, co tworzy wyjątkową jakość. Rytm, artykulacja, wyniesione zapewne z instrumentalnego warsztatu puzonisty, którym przecież również jest Nils Landgren.

O grze Esbjörna Svenssona, Pata Metheny’ego, Michaela Breckera i Wolfganga Haffnera nie wypada mi pisać, bo cóż można powiedzieć ponad to, co słyszymy?

Tutaj przypominają mi się słowa Chrisa Stevensa z “Przystanku Alaska”: “Mówić o muzyce, to tak, jak tańczyć o architekturze”.

Życzę wszystkim i sobie, abyśmy byli w stanie kiedyś traktować muzykę w taki sposób, jak Nils Landgren i mogli choć raz poczuć to, co jego genialni, wielcy koledzy ze sceny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *